A wszystko zaczęło się dnia materacowego.
Po nocnych walkach z komarami, po porannym odwiedzeniu kosmetyczki, ważnych zakupach(markery, zeszyty, LEGO, miś i prowiant) o godzinie 16 ileś tam wyruszyłyśmy do ZAKO. Już od początku nie brakowało śmiechu, a to z powodu chlopaka siedzącego koło kibla i Pana Mielonki, co w ciągu dwóch godzin jazdy wypił dwa piwa i zjadł pół mielonki. Na dworcu w Siedlcach bliżej zapoznałyśmy się z koleżankami z Francji i mało brakowało do bliższego zapoznania z panem, co to z Warszawy jechał do Siedlec i zasnął przed stacją końcową. No ale Amelia jak to Amelia chrząknęła sobie i pana obudziła. I dobrze, że chrząknęła, bo pan wróciłby przedwcześnie do domku. W pociągu do Warszawy był też popsuty kibel. A my jak głupie czekałyśmy, by ktoś stamtąd w końcu wyszedł -_- Pan Mielonka też czekał. W Warszawie i w drodze do Zakopanego już nic się nie działo. No, oprócz rozmowy dwóch dziewczyn o randce jednej z nich i o chłopaku, co mówi poprawnie stylistycznie i zaprojektował żubranka. Żeby jeszcze ta dziewczyna tak swoich nóg nie rozwalała po przedziale...
czwartek, 20.08.09
Pociąg oczywiście miał godzinę spóźnienia, norma. Taksówką(kierowca był bucem) dojechałyśmy do naszej kwatery, gdzie się okazało, że nasza wspaniała Pani Antonina nie przygotowała jeszcze pokoju(i pewnie nie zdążyła zalać kibla domestosem). No ale nie denerwujemy się, śniadanie na szybkiego, przebranie się i pod skocznię <3 Połaziły, popatrzyły jak skaczą młodzi skoczkowie, porobiły zdjęcia, jeszcze raz połaziły, olały Pierdołę(do którego w tym roku nie podeszłam ani razu, o!), spotkały dziewczyny <3
i poszły pod COS! A tak, pod COS, bo miałyśmy gdzieś sesje fotograficzne zapowiadane przez pewien blog ;) Miałam swoje plany, planowane dłużej lub krócej, ale jednak plany. I bez względu na innych chciałam je zrealizować :)
O ile akcja nie podziałała na nas, to pod hotelem było
naprawdę mało osób. A nawet jeśli ktoś się pojawiał, to albo w ogóle się nie
ruszały, albo kulturalnie bez wisku i pisku podchodziły, nie było żadnego
wwalania się komuś w zdjęcie, tylko wszystkie kulturalnie czekały na swoją
kolej. Nawet GUUS. Po raz pierwszy miałam styczność z Finami, a to był mój
czwarty wyjazd na skoki o.O Autografy, wąsy Ville, zdjęcia z Vaciakiem <3
A Wernera(i Martina) jak nie było, tak i nie ma. Zrobiło się zimno, naszło się ludu, przyjechali Szwajcarzy i odechciało się stać tam. A Wernera( i Martina) nadal nie było. Zmarznięte poszłyśmy do domu, zostawiłyśmy, co nie potrzebne i ruszyłyśmy na Krupówki :D Zjeść obiad, a było już koło 21 xD
Zjadłyśmy pożywny i zdrowy obiad w McDonaldsie z Colą za 1,10zł i opakowaniem darmowych frytek. A wtedy doszły Iza z Kaśką i zaczęło się robienie głupich zdjęć xD Zabawa pewnie trwałaby i trwała, ale zadzwoniła mama, okazało się, że Pani Antonina uważa, że powinnyśmy yć już przed 22 i w ogóle raz dwa, bo nawet nie będziemy mogły się umyć. Ogólnie o naszej kochanej pani Antoninie więcej będzie potem. W każdym razie z czwartku byłyśmy baaardzo zadowolone :D
piątek, 21.08.2009
Po obejrzeniu 'głupiego włoskiego serialu z gadającym psem' znowu postanowiłyśmy pójść pod COS. Jednak oprócz miłego towarzystwa nie było nic ciekawego. Przed konkursem poszłyśmy do kwatery coś zjeść, wcześniej kupiłyśmy tylko zupki chińskie xD Głupio się przyznać, ale owymi zupkami zatkałyśmy zlew -_-. Ale kto by się tym przejmował, jeśli zaraz miałyśmy pójść na skocznię ;) Przez całą drogę szłyśmy w 'swoich' barwach, więc ze wszystkich stron dało się słyszeć: „ruska.. i fińska.” „ale to nie są Polacy!”, „Finowie!” Czy ludzie nie mogą zrozumieć, że jeśli ktoś nie ma polskiej flagi i nie jest za wspaniałym Adasiem to nie musi być z innego kraju? ;> Zadowolone podeszłyśmy pod bramę i...ZONK. Zamknięte. A według ludzi sprzedających bilety już dawno powinno być otwarte. Co nam zostaje? Czekamy. Pół godziny, godzina... Dodatkowo pijany gość denerwuje i obrzydza owłosiony tyłek faceta obok.. Półtora godziny... Jesteśmy już wkurzone... WPUŚCILI. Na samej skoczni wszystko działo się nie tak, jak trzeba. Atmosfera nie taka, jak powinna być, Kocha nie poznałam o.O, po skokach żal kompletny. Humor poprawił nam się dopiero w drodze powrotnej za sprawą sąsiadów. Okazało się, że sąsiad odetkał zlew, to Pani Antonina jest udobruchana, nie będzie się czepiać późnego powrotu xD Wszystko już jest ok, a tu po mojej poduszce łazi taaaaaakiii duuuży pająk o.O Dostał zeszytem, dostał Tołstojem, no ale przecież nie zabiorę go. Amelia podobnie. Błeeee. Dobrze, że jeszcze była(bo pojechała w sobotę ;p) mama, bo inaczej byłby zonk o.o
Sobota 22.08.2009
Od rana marna pogoda- zimno, pochmurnie i trochę pada. Po obejrzeniu kolejnego odcinka włoskiego serialu z gadającym głupim psem postanowiłyśmy wreszcie wyjść. Zadzwoniłyśmy do dziewczyn i w dobrym humorze poszłyśmy pod COS, w międzyczasie zachaczając o punkt sprzedaży biletów. Niestety, chętny na bilet nie znalazł się :( Pod COSem całkowita NUDA. Nie działo się kompletnie nic, zero. Z kilku godzin pobytu warto zapamiętać tylko „-ktoś biegnie! -koń biegnie... -po chodniku k**** koń biegnie?!” XD Jak już mówiłam, było nudno, nikt nie wychodził, a bilet był nadal u mnie. Na plecaku powiesiłam kartkę „SPRZEDAM BILET NA SKOKI” wraz ze wszelkimi szczegółami. Gapiów było sporo, ale nic to nie dało :( Z karteczką na plecaku poszłyśmy do naszej kwatery przygotować się do konkursu. Posiedziałyśmy kilka minut, zabrałyśmy kijki(ech..), flagi do plecakach i pooooszłyśmy. Ale najpierw zaszłyśmy coś zjeść i spotkać się z dziewczynami. Jemy, miło rozmawiamy, patrzymy jak jakiemuś dzieciakowi wlepiają mandat, wróciłyśmy na nasze stałe miejsce przy murku...I dopiero wtedy zaczęły się jajca ;D Całą grupką zaczęłyśmy handlować biletem, zachęcające teksty, pochody z zapytaniem „czy chcą państwo nabyć bilet?” i nadal nic :( Byłam już tak zdesperowana, że dowiesiłam karteczkę „autograf ADAMA MAŁYSZA gratis”. No i ludzie zainteresowali się. Autografem, nie biletem. A i tak koniec końców każdy doszedł do wniosku, że ten autograf to niby jest lipny -_- I wtedy zaczął padać deszcz. Ludzie porozchodzili się, a my mokłyśmy. W pewnym momencie doszłam do wniosku, że tak się bawić nie będziemy i postanowiłam w końcu kupić pelerynkę. Poszłyśmy do budki naprzeciwko po pelerynki. Stałyśmy pod daszkiem już jakieś 5 minut, kiedy doszło do mnie, że nie wzięłyśmy ze sobą kijków. Przechodzę na drugą stronę ulicy, patrzę... Kijków nie ma! o.O W ciągu jakichś pięciu minut ktoś za naszych oczach podpieprzył nam kijki do flag. Byłyśmy już całkowicie wkurzone, mokre, zaczynała mnie boleć głowa. Na skocznie całkowicie nie chciało nam się iść. Usiadłyśmy sobie pod parasolem koło budki. A wtedy spod COSu wyjeżdża busik, patrzymy- Norwegowie. O. Zatrzymują się. Z busika wysiada Ber, Hilde i nadal nie zidentyfikowany przeze mnie skoczek, podchodzą do budki i zaczynają coś gadać, przy czym Hilde łapie za powieszoną pelerynkę i pokazuje, że oni chcą to xD. Po chwili nachmurzony Ber(no tak, gdzie on będzie paradować w takiej brzydkiej pelerynce?) wraca do busa z torebką pełną różnokolorowych pelerynek, sztuka 6zł. Hilde i ten drugi zapozowali jeszcze do jednego zdjęcia i też poszli. Stwierdziłyśmy, że nie ma już co tu siedzieć, kijków nam nie zwrócą- poszłyśmy na skocznię. W tym samym czasie na skoczni odbywał się tradycyjny konkurs na piosenki z seriali i wyłam „W Labiryncie” XD
Ze względu na deszcz i na pelerynki słabo sprawdzali plecaki
na skoczni, nawet dali spokój otwartej coli. Poszłyśmy na nasze stałe miejsce w
ciągu całego LGP. Byłyśmy nadal
wkurzone, ale atmosfera na skoczni, wspaniałe skoczne piosenki potrafią po
prostu zdziałać cuda :D Na początek konkursu włączono Greka Zorbę, którego
„przetańczyłyśmy” z panem, który stał koło nas. Wychodziło mu równie marnie,
jak nam ^^ Skoczkowie skaczą, my
krzyczymy, a głowa boli mnie coraz bardziej. Tak mnie bolało, że kompletnie
odechciało mi się oglądać skoki i nawet nie miałam siły śpiewać YMCA o.O Nie
wiem, co bym zrobiła, gdyby mnie miała tabletek... Na szczęście wzięłam jeden
ibuprom i po chwili przeszło. Skoki ciekawe, muzyka dobrze dopasowana(podczas
skoku Olliego- „dziewczyny kochają niegrzecznych chłopaków”... XD) i koniec 1
serii. Wtedy dopiero zaczęły się fazy.
Puszczono Ciapę, a my stwierdziłyśmy, że nagramy nasze wygłupianie się. Doszły do nas jeszcze Iza z Kaśką i do tej pory mam banana na twarzy, jak oglądam filmik :D A jak ludzie się na nas gapili.... Gdy po Ciapie zaczęłyśmy robić „pogo na skoczni” grupa chłopaków zaczęła robić nam zdjęcia/nagrywać nas xD Dodatkowo zaczęłyśmy mieć fazę na „Luk, jo sem tvoj tatinek!” przez trzech facetów stojących przed nami, jeden w srebrnej, drugi w czarnej, trzeci w zielonej pelerynce xD Szczerze, to nawet nie wiem kiedy zleciała nam druga seria, tak dobrze bawiłyśmy się. Ze skoczni wyszłyśmy jeszcze przed ostatnim skokiem Schlierenzauera, by potem nie leźć w tłumie. Ścieżka była nieoświetlona, przed deszcz porobiły się ogromne kałuże i duuużo błota, przez co raz bardzo mało brakowało, a wywaliłabym się. Chyba nie muszę wspominać, że po powrocie na kwaterę nasze buty nadawały się tylko do suszenia i mycia... W naszym pokoju zaczęły przychodzić nam do głowy jeszcze większe głupoty w stylu TACWS, ale może to pominę... ;P W każdym razie- jutro miała być już niedziela, a praktycznie wszystkie plany były niezrealizowane. 'Bojowo' nastawione poszłyśmy spać. A budzik był nastawiony na 7:15...
Niedziela 23.08.2009
7:15- pobudka. Deszcz, przestawiamy budzik o godzinę. 8:15-
pobudka. Deszcz. 8:34- dostaję smsa, skuteczna pobudka, jednak deszcz nadal
pada, po prostu piękny początek dnia. Nic nam się nie chciało, nawet wstać.
Pogadałyśmy, obgadywałyśmy, kogo trzeba... i przyszedł nam do głowy ciekawy
pomysł. Humor poprawił nam się na tyle, że włączyłyśmy TV i pooglądałyśmy
Cejrowskiego, jakiś odcinek Panny z Mokrą Głową, gdzie optymistycznie
stwierdzono, że przez deszcz „zaleje Zakopane”, a w międzyczasie zaczęłyśmy
układać „plan działania” oraz treść transparentu xD Transparent był gotowy, a
my powoli zaczęłyśmy szykować się do wyjścia. W TV leciał jakiś film z trzema
dziewczynkami, do tej pory nie wiemy jaki i jak się skończył ;P Deszcz nadal
padał, a my wyszłyśmy o 11:40. Zgodnie z planem kupiłyśmy taką fajną pluszową
owcę, a ja próbowałam w końcu sprzedać bilet. UDAŁO SIĘ! Za 30zł, ale zawsze.
Sprawy „przedskoczniowe” załatwiłyśmy, więc mogłyśmy spokojnie iść przez błoto
na skocznię. Tym razem nie wkładałyśmy peleryn, za bardzo nas denerwowało, a
deszcz nie był zbyt duży.
Stwierdziłyśmy, że nie ma na co czekać, od razu poszłyśmy pod domek
Niemców. Trochę głupio, sporo ludzi, Hocke łazi, inni ćwiczą skoki imitacyjne,
przychodzi Szpetny, a po chwili spokój, został tylko Werner, Carolin i Rofl
Schilli. Cóż, lepszej sytuacji nie będzie, trzeba rozpocząć akcję. Podchodzimy
do siatki, na trzy-cztery wołamy, Amelia trzyma „transparent”. Werner odwraca się, trochę go przytkało.
Carolin coś powiedziała, zaczęli się
śmiać. Schuster szybko podchodzi do
domku Niemców i kogoś woła. Po chwili widzimy wychylające się trzy skoczkowe
głowy- oczywiście patrzą się na nas i śmieją. W jednym z nich rozpoznajemy
Uhrmanna, który podaaje Rolfowi Schilli aparat. Ale to było mniej ważne, bo w
tej o to chwili w naszym kierunku zaczął zmierzać WERNI. Idzie powoli,
speszony, patrzy pod nogi. A my oczywiście przeszczęśliwe. Chwila rozmowy,
podarowanie misia... Podchodzi Rolf Schilli i chce nam zrobić zdjęcie[zdjęcie faktycznie zostało zrobione, rofl wysłał nam je w lipcu -przyp.aut.^^] . No ok,
bardzo chętnie. Ale potrzymać transparentu już mu nie dajemy, jeszcze czego
;> Korzystając z okazji, prosimy Werniego o zdjęcie[12:53]. Szybko wyrwałam
jakiegoś gapia do robienia i pozujemy. Na koniec podziękowanie, życzenia
udanego występu i odchodzimy. A wtedy.... radość, pisk, krzyk i płacz. Z radości
oczywiście ;)
Dobra pasja jednak nie skończyła się i po chwili zobaczyłam
Kocha. Naszą wspaniałą czteroosobową grupką wołamy go, Martin patrzy- pomachał.
Przeszedł za domkiem. Znowu krzyczymy, tylko teraz macham jeszcze prezentem.
Martin patrzy i więcej nic. Przeszedł za kolejnym domkiem- sam już na nas
patrzy, a ja nadal macham prezentem jak jakiś idiota. Jeeeest. Przynęta
podziałała. Martin z kartami wspinał już się pod górkę po mokrej trawie. Szybko
dałam mu prezent, tłumacząc, że może to sobie złożyć i zalatać jak prawdziwym.
W połączeniu z opakowaniem klocków lego na twarzy Martina pojawił się banan :D
Korzystając z wyjątkowego szczęścia chciałam dorwać też Ilję. Co prawda, nie był wyjątkowo miły, jednak plastron dał. Niestety nie udało się dorwać Soboleva, który w tym czasie zdążył już odjechać ze skoczni :(
I po tym wszystkim zaczęła się zabawa. Skakałyśmy w rytm ‘my jesteśmy krasnoludki’, co z zainteresowaniem obserwował Radik Zhaparov ^^ A Neumayer zapomniał wziąć czegoś na skocznię, zjechał wyciągiem, biegł po mokrych schodach i pięknie się wywalił ^^.
Po kilku minutach zobaczyłam Agatę, która próbowała zawołać
Wuffa- pomogłam jej. Wolfgang zostawił narty i wszedł po schodach, nie tak jak
Koch xD Dostał książkę z bajkami i zadowolony zaczął pozować do zdjęć.
Oczywiście zleciało się bardzo dużo ludzi. Ot ironia- ludzie jadą na Małysza,
który nie ma dla nich czasu, a mają zdjęcie z Loitzlem.
Konkurs się skończył nie wiadomo kiedy. Przeszczęśliwe wychodziłyśmy ze skoczni, przy okazji machając do Werniego i Vaciaka. I zobaczyłyśmy Mikę Kojonkoskiego w naprawdę zacnym, obcisłym ubraniu(jeansy plus sweterek). Może i byłyśmy przeszczęśliwe, ale też niesamowicie głodne, więc zamówiłyśmy po średniej(okazała się ogromna) zapiekance spod skoczni. Pyyyycha <3 Na kwaterze przez dłuższy czas wspominałyśmy udany konkurs, a i tak nie mogłyśmy uwierzyć w nasze szczęście- wszystko, co zaplanowałyśmy udało się. A przecież wcześniej zupełnie nic nie wychodziło. Wieczorem, na uwieńczenie tego wspaniałego dnia, wybrałyśmy się z Izą i Kejt do Maca(zakopiańska tradycja <lol2>) na ciastko i jeszcze na Wareczkę. A potem trzeba było się żegnać z dziewczynami, bo następnego dnia rankiem już jechały :((
Poniedziałek 24.08.2009
Z samego ranka, gdy przestał padać deszcz, poszłyśmy na
dworzec po bilet, a potem do COSu na kawę i pogadać z dziewczynami. W
międzyczasie okazało się, że Iza z Kaśką widziały kogoś z naszym Państwem Kijek
:((. Czas mijał szybko na wesołych rozmowach, pozowaniu do reklamy za darmo
i „udzielaniu wywiadu” jakiemuś nie bardzo dzisiejszemu kolesiowi z SNC. Niestety nasze wypowiedzi nie spodobały się, bo były za mało faneczkowe, nie było boskiego Gregorka i Toma no i wywiad nigdy nie został opublikowany :((
Było już popołudnie, więc stwierdziłyśmy, że przydałoby się coś zjeść. Padło na nasze wspaniałe, wczoraj odkryte zapiekanki. Pyszne jak wcześniej, ale teraz ciągle latała za nami osa i nie dawała nam spokoju. W międzyczasie wpadłyśmy na pomysł zwiedzania skoczni ;) I to była zdecydowanie jedna z najlepszym decyzji, jakie podjęłyśmy w trakcie wyjazdu. 3 godziny łaziłyśmy, wygłupiałyśmy się, robiłyśmy zdjęcia(do perfekcji opanowałyśmy używanie wyzwalacza), a ludzie patrzyli się na nad jak na nawiedzone :) Koło domku Niemców złapał mnie skurcz, co spowodowało kolejną falę głupawy... xD
Po dordze na kwaterę spotkałyśmy Ilonę i Aldonę. Pogadałyśmy chwilę, zrobiłyśmy zdjęcia(a raczej zrobił przystojny chłopak, którego poprosiłyśmy xD) i musiałyśmy się pożegnać :(( W naszym małym pokoiku przy Małym Żywczańskim 16F długo nie wysiedziałyśmy- poszłyśmy robić przedwyjazdowe zakupy[po drodze trafiając na samochód o rejestracji GAY] w delikatesach Turysta i kupić oscypki(zajście do Maca pominę, bo żal <lol2>). Z ciężkimi torbami i zimną Colą w łapach zadowolone wróciłyśmy na kwaterę, gdzie... bardzo miło zagadała nas gospodyni Antonina Hujek. Zero wątów, zero krytyki, miła rozmowa jak nigdy o.O Na koniec dnia zostało nam oglądanie zdjęć z całego wyjazdu i w końcu skorzystałyśmy z rady Berniego i wypiłyśmy po Tyskim. Nigdy więcej nie posłucham Berniego, błe. <lol2>
Wtorek 25.08.2009
Pogoda idealna, na niebie żadnej groźnej chmurki. Z samego rana wyszłyśmy na dworzec i przy okazji musiałyśmy przebiegać przez światła- pechowo rozpiął mi się zapchany do granic możliwości plecak, wypadło jabłko i potoczyło się z nami przez przejście. Wzrok pani idącej znad przeciwka- bezcenny. <lol2> Pożegnałyśmy się z Amelią po dwóch tygodniach wzajemnej udręki(^^) na dworcu PKS, ja poszłam do siebie na PKP poczekać w spokoju dwie godziny na pociąg.
A tam znowu rozpiął mi się plecak i wypadło jabłko.
Wyjazd był idealny, szczególnie czwartek i niedziela. Chociaż wtedy początkowo wydawał się nieudany, zgodnie przyznajemy, że byłybyśmy skłonne wrócić do tamtych dni, nawet do całkiem nieudanego piątku.
Serdecznie pozdrawiam szczególnie Hrabinę Amelię ;> oraz Izę, Kejt, Ilonę, Donę, Pauliny dwie ;), Izkę, Milkę, Agatę, Mili, Crazy, Anett :) Bez Was nie byłoby tak samo :*
Do podobnego zostaje teraz czekać albo pół albo nawet cały rok :( Głupia Wisła, psuje wszystkie plany :(((
Witam wszystkich serdecznie, coś mi się zdaje, że powinnam wreszcie coś tu napisać. Od ostatnej notki kilka razy zbierałam się do pisania, serio. Tylko zawsze albo brakowało czasu albo motywacji, a gdy już miałam to i to, dochodziłam do wniosku, że poczekam jeszcze trochę, to i notka będzie dłuższa. Sorry, zawsze byłam leniwa <robi "przepraszam" po migowemu :D>
Powinnam przestawić się na częstsze pisanie. Może nie będzie nic ciekawego, ale przynajmniej nie wyjdę z jako takiej wprawy(już wyszłam -_-).
Pominę większość bzdet, o których miałam zamiar pisać wcześniej. Wspomnę tylko, że zostałam laureatem konkursu gimnazjalnego z białoruskiego, a egzaminy były proste jak budowa cepa. ;)
A... No i od pewnego czasu ciągle oglądam tych oto panów(nie ukrywam, że panie z mniejszą przyjemnością):
Ci panowie występowali w amerykańskim programie Whose Line Is It Anyway?(jeżeli ktoś nie wie, co to jest, zapraszam na google.pl). Z tych panów najbardziej lubię tego pana w zielonej koszuli i kajakach zamiast butów(15USA xD)- Ryana Stiles. Boski facet, tylko dać mu jakiegoś kolegę do scenki i może zdziałać cuda(chociaż sam też daje sobie radę). Obejrzyjcie sobie obojętne jaki fragment programu na youtube: przekonacie się.
Tydzień temu, w poniedziałek, musiałam opuścić kochane Whose Line. Powodem tego był wyjazd na Białoruś, dokładniej do Mińska. Przyznam, od dłuższego czasu czekałam na tą wycieczkę. Jak cholera chciałam zobaczyć wreszcie Mińsk. I muszę przyznać- jest tam pięknie. Czysto, zielono, ulice zadbane, przystojni faceci... Czego więcej chcieć? :D A no jednak można chcieć. Choćby taksówki z Anisimovem, której jednak nie widziałam :( :P
Pomijam już nawet jedzenie(jak człowiek głodny, wszystko zje i tyłka mu nie rozerwie). Gorsze było nasze schronisko, czy jak to nazwać. Pokoje zasyfione, podłoga chyba od kilku miesięcy nie myta, łóżka małe, za miękkie, koce pokryte miejscami niezydentyfikowaną białą zeschniętą substancją... Błe. No i mistrzostwo świata- łazienki. Kible bez desek, kabiny bez zamków, zlewy wspólne dla wszystkich(w tym żeńskie WC wychodziły z pomieszczenia z umywalkami, prysznice działały tylko na drugim piętrze(a i to tylko trzy z czterech). A jaki to prysznic piękny.. zero zasłonek, każdy oddzielone od siebie ścianą. A "kabiny" takie małe, że troszkę się poruszusz i coś wystaje -_-. I tak najdebilniejszą decyzją był wypad pod prysznic o 5:30. Woda lodowata, w schronisku zimno. Nigdy więcej tego nie powtórzę, macie to jak w banku.
W sumie byłoby ok, gdyby w sklepie dawali mielonkę, gdy się o nią prosi, a nie jakiś pasztetowy syf bez smaku dla niemowląt. Byłoby naprawdę miło. A. I jeśli kiedyś zawieje Was na Białoruś, koniecznie kupcie wodę mineralną i lody. O ile ta pierwsza jest marna w smaku(słona...), to lody są B O S K I E.
Nie zmienia to jednak faktu, że bardzo chętnie pojechałabym do Mińska jeszcze raz. I potem jeszcze i jeszcze, ile wlezie.


Na koniec piosenka, której nie mogę się nasłuchać(i nie jest to piosenka o żonie R(r)yana xD) :)))