martusskaaa blog

    Twój nowy blog

    Nie wiem dlaczego tego nie dodałam, nie wnikam w to. W każdym razie dzisiaj znalazłam w komputerze i stwierdziłam, że przyda się dodać xDD Miłego czytania i miłego komentowania połączonego ze wspominaniem ^^
    Oto oddaję w wasze łapki relację z
    LGP ZAKOPANE 2009

    A wszystko zaczęło się dnia materacowego.

    Po nocnych walkach z komarami, po porannym odwiedzeniu
    kosmetyczki, ważnych zakupach(markery, zeszyty, LEGO, miś i prowiant) o
    godzinie 16 ileś tam wyruszyłyśmy do ZAKO. Już od początku nie brakowało
    śmiechu, a to z powodu chlopaka siedzącego koło kibla i Pana Mielonki, co w
    ciągu dwóch godzin jazdy wypił dwa piwa i zjadł pół mielonki.  Na dworcu w Siedlcach bliżej zapoznałyśmy się
    z koleżankami z Francji i mało brakowało do bliższego zapoznania z panem, co to
    z Warszawy jechał do Siedlec i zasnął przed stacją końcową. No ale Amelia jak
    to Amelia chrząknęła sobie i pana obudziła. I dobrze, że chrząknęła, bo pan
    wróciłby przedwcześnie do domku. W pociągu do Warszawy był też popsuty kibel. A
    my jak głupie czekałyśmy, by ktoś stamtąd w końcu wyszedł -_- Pan Mielonka też
    czekał.  W Warszawie i w drodze do
    Zakopanego już nic się nie działo.  No,
    oprócz rozmowy dwóch dziewczyn o randce jednej z nich i  o chłopaku, co mówi poprawnie stylistycznie i
    zaprojektował żubranka. Żeby jeszcze ta dziewczyna tak swoich nóg nie rozwalała
    po przedziale…

     

    czwartek, 20.08.09

    Pociąg oczywiście miał godzinę spóźnienia, norma.
    Taksówką(kierowca był bucem) 
    dojechałyśmy do naszej kwatery, gdzie się okazało, że nasza wspaniała
    Pani Antonina nie przygotowała jeszcze pokoju(i pewnie nie zdążyła zalać kibla
    domestosem). No ale nie denerwujemy się, śniadanie na szybkiego, przebranie się
    i pod skocznię <3 Połaziły, popatrzyły jak skaczą młodzi skoczkowie,
    porobiły zdjęcia, jeszcze raz połaziły, olały Pierdołę(do którego w tym roku
    nie podeszłam ani razu, o!), spotkały dziewczyny <3

     

     

    i poszły pod COS! A tak,
    pod COS, bo miałyśmy gdzieś sesje fotograficzne zapowiadane przez pewien blog ;) Miałam swoje plany, planowane dłużej lub krócej, ale jednak plany. I bez
    względu na innych chciałam je zrealizować :)

    O ile akcja nie podziałała na nas, to pod hotelem było
    naprawdę mało osób. A nawet jeśli ktoś się pojawiał, to albo w ogóle się nie
    ruszały, albo kulturalnie bez wisku i pisku podchodziły, nie było żadnego
    wwalania się komuś w zdjęcie, tylko wszystkie kulturalnie czekały na swoją
    kolej. Nawet GUUS.  Po raz pierwszy  miałam styczność z Finami, a to był mój
    czwarty wyjazd na skoki o.O Autografy, wąsy Ville, zdjęcia z  Vaciakiem <3


     

    i Ruhą-Mattim Juuskanenem
    <3. Żałuję tylko, że zamiast foty z Ollim poszłam po autograf -_- no ale kto
    się spodziewał, że tak szybko zwieje… A później zjawił się Berni. I Kojo :D   A my nadal czekałyśmy na Wernera(i w
    sumie czekałam jeszcze na Martina ;P).  A
    wtedy zjawili się Radik, Ilja z Karelinem i nareszcie JANDA! W końcu zdobyłam
    autograf na moim ukochanym, wspaniałym, oryginalnym zdjęciu xD

     

     

     

    A Wernera(i
    Martina) jak nie było, tak i nie ma. 
    Zrobiło się zimno, naszło się ludu, przyjechali Szwajcarzy i odechciało
    się stać tam. A Wernera( i Martina) nadal nie było.  Zmarznięte poszłyśmy do domu, zostawiłyśmy,
    co nie potrzebne i ruszyłyśmy na Krupówki :D Zjeść obiad, a było już koło 21 xD

    Zjadłyśmy pożywny i zdrowy obiad w McDonaldsie z Colą za
    1,10zł i opakowaniem darmowych frytek. A wtedy doszły Iza z Kaśką i zaczęło się
    robienie głupich zdjęć xD Zabawa pewnie trwałaby i trwała, ale zadzwoniła mama,
    okazało się, że Pani Antonina uważa, że powinnyśmy yć już przed 22 i w ogóle
    raz dwa, bo nawet nie będziemy mogły się umyć. Ogólnie o naszej kochanej pani
    Antoninie więcej będzie potem. W każdym razie z czwartku byłyśmy baaardzo
    zadowolone :D

     

     

     

    piątek, 21.08.2009

    Po obejrzeniu ‚głupiego włoskiego serialu z gadającym psem’
    znowu postanowiłyśmy pójść pod COS. 
    Jednak oprócz miłego towarzystwa nie było nic ciekawego. Przed konkursem
    poszłyśmy do kwatery coś zjeść, wcześniej kupiłyśmy tylko zupki chińskie xD  Głupio się przyznać, ale owymi zupkami
    zatkałyśmy zlew -_-. Ale kto by się tym przejmował, jeśli zaraz miałyśmy pójść
    na skocznię ;)   Przez całą drogę szłyśmy
    w ‚swoich’ barwach, więc ze wszystkich stron dało się słyszeć: „ruska.. i
    fińska.” „ale to nie są Polacy!”, „Finowie!” Czy ludzie nie mogą zrozumieć, że
    jeśli ktoś nie ma polskiej flagi i nie jest za wspaniałym Adasiem to nie musi
    być z innego kraju? ;> Zadowolone podeszłyśmy pod bramę i…ZONK. Zamknięte.
    A według ludzi sprzedających bilety już dawno powinno być otwarte.  Co nam zostaje? Czekamy. Pół godziny, godzina…
    Dodatkowo pijany gość denerwuje i obrzydza owłosiony tyłek faceta obok..
    Półtora godziny… Jesteśmy już wkurzone… WPUŚCILI. Na samej skoczni wszystko
    działo się nie tak, jak trzeba. 
    Atmosfera nie taka, jak powinna być, Kocha nie poznałam o.O, po skokach
    żal kompletny.  Humor poprawił nam się
    dopiero w drodze powrotnej za sprawą sąsiadów. Okazało się, że sąsiad odetkał
    zlew, to Pani Antonina  jest udobruchana,
    nie będzie się czepiać późnego powrotu xD Wszystko już jest ok,  a tu po mojej poduszce łazi taaaaaakiii
    duuuży pająk o.O Dostał zeszytem, dostał Tołstojem, no ale przecież nie zabiorę
    go. Amelia podobnie. Błeeee.  Dobrze, że
    jeszcze była(bo pojechała w sobotę ;p) mama, bo inaczej byłby zonk o.o

     

     

     

    Sobota 22.08.2009

    Od rana marna pogoda- zimno, pochmurnie i trochę pada. Po
    obejrzeniu kolejnego odcinka włoskiego serialu z gadającym głupim psem
    postanowiłyśmy wreszcie wyjść. 
    Zadzwoniłyśmy do dziewczyn i w dobrym humorze poszłyśmy pod COS, w
    międzyczasie zachaczając o punkt sprzedaży biletów. Niestety, chętny na bilet
    nie znalazł się :( Pod COSem całkowita NUDA. 
    Nie działo się kompletnie nic, zero. Z kilku godzin pobytu warto
    zapamiętać tylko „-ktoś biegnie! -koń biegnie… -po chodniku k**** koń biegnie?!”
    XD Jak już mówiłam, było nudno, nikt nie wychodził, a bilet był nadal u mnie.
    Na plecaku powiesiłam kartkę „SPRZEDAM BILET NA SKOKI” wraz ze wszelkimi
    szczegółami. Gapiów było sporo, ale nic to nie dało :(   Z karteczką na plecaku poszłyśmy do naszej kwatery
    przygotować się do konkursu. Posiedziałyśmy kilka minut, zabrałyśmy
    kijki(ech..), flagi do plecakach i pooooszłyśmy. Ale najpierw zaszłyśmy coś
    zjeść i spotkać się z dziewczynami. Jemy, miło rozmawiamy, patrzymy jak
    jakiemuś dzieciakowi wlepiają mandat, wróciłyśmy na nasze stałe miejsce przy
    murku…I dopiero wtedy zaczęły się jajca ;D Całą grupką zaczęłyśmy handlować
    biletem, zachęcające teksty, pochody z zapytaniem „czy chcą państwo nabyć
    bilet?” i nadal nic :( Byłam już tak zdesperowana, że dowiesiłam karteczkę
    „autograf ADAMA MAŁYSZA gratis”. No i ludzie zainteresowali się.  Autografem, nie biletem. A i tak koniec
    końców każdy doszedł do wniosku, że ten autograf to niby jest lipny -_-  I wtedy zaczął padać deszcz. Ludzie
    porozchodzili się, a my mokłyśmy.  W
    pewnym momencie doszłam do wniosku, że tak się bawić nie będziemy i
    postanowiłam w końcu kupić pelerynkę. Poszłyśmy do budki naprzeciwko po
    pelerynki. Stałyśmy pod daszkiem już jakieś 5 minut, kiedy doszło do mnie, że
    nie wzięłyśmy ze sobą kijków. Przechodzę na drugą stronę ulicy, patrzę…
    Kijków nie ma! o.O W ciągu jakichś pięciu minut ktoś za naszych oczach
    podpieprzył nam kijki do flag. Byłyśmy już całkowicie wkurzone, mokre,
    zaczynała mnie boleć głowa. Na skocznie całkowicie nie chciało nam się iść.  Usiadłyśmy sobie pod parasolem koło budki. A
    wtedy spod COSu wyjeżdża busik, patrzymy- Norwegowie. O. Zatrzymują się. Z
    busika wysiada Ber, Hilde i nadal nie zidentyfikowany przeze mnie skoczek,
    podchodzą do budki i zaczynają coś gadać, przy czym Hilde łapie za powieszoną
    pelerynkę i pokazuje, że oni chcą to xD. Po chwili  nachmurzony Ber(no tak, gdzie on będzie
    paradować w takiej brzydkiej pelerynce?) wraca do busa z torebką pełną
    różnokolorowych pelerynek, sztuka 6zł. 
    Hilde i ten drugi zapozowali jeszcze do 
    jednego zdjęcia i też poszli. Stwierdziłyśmy, że nie ma już co tu
    siedzieć, kijków nam nie zwrócą- poszłyśmy na skocznię. W tym samym czasie na
    skoczni odbywał się tradycyjny konkurs na piosenki z seriali i wyłam „W
    Labiryncie” XD

    Ze względu na deszcz i na pelerynki słabo sprawdzali plecaki
    na skoczni, nawet dali spokój otwartej coli. Poszłyśmy na nasze stałe miejsce w
    ciągu całego LGP.  Byłyśmy nadal
    wkurzone, ale atmosfera na skoczni, wspaniałe skoczne piosenki potrafią po
    prostu zdziałać cuda :D Na początek konkursu włączono Greka Zorbę, którego
    „przetańczyłyśmy” z panem, który stał koło nas. Wychodziło mu równie marnie,
    jak nam ^^  Skoczkowie skaczą, my
    krzyczymy, a głowa boli mnie coraz bardziej. Tak mnie bolało, że kompletnie
    odechciało mi się oglądać skoki i nawet nie miałam siły śpiewać YMCA o.O Nie
    wiem, co bym zrobiła, gdyby mnie miała tabletek… Na szczęście wzięłam jeden
    ibuprom i po chwili przeszło. Skoki ciekawe, muzyka dobrze dopasowana(podczas
    skoku Olliego- „dziewczyny kochają niegrzecznych chłopaków”… XD) i koniec 1
    serii.  Wtedy dopiero zaczęły się fazy.

     

     

    Puszczono Ciapę, a my stwierdziłyśmy, że nagramy nasze wygłupianie się. Doszły
    do nas jeszcze Iza z Kaśką i  do tej pory
    mam banana na twarzy, jak oglądam filmik :D A jak ludzie się na nas
    gapili….  Gdy po Ciapie zaczęłyśmy  robić „pogo 
    na skoczni” grupa chłopaków zaczęła robić nam zdjęcia/nagrywać nas
    xD  Dodatkowo zaczęłyśmy mieć fazę na
    „Luk, jo sem tvoj tatinek!” przez trzech facetów stojących przed nami, jeden w
    srebrnej, drugi w czarnej, trzeci w zielonej pelerynce xD  Szczerze, to nawet nie wiem kiedy zleciała
    nam druga seria, tak dobrze bawiłyśmy się. Ze skoczni wyszłyśmy jeszcze przed
    ostatnim skokiem Schlierenzauera, by potem nie leźć w tłumie. Ścieżka była
    nieoświetlona, przed deszcz porobiły się ogromne kałuże i duuużo błota, przez
    co raz bardzo mało brakowało, a wywaliłabym się. Chyba nie muszę wspominać, że
    po powrocie na kwaterę nasze buty nadawały się tylko do suszenia i
    mycia…  W naszym pokoju zaczęły przychodzić
    nam do głowy jeszcze większe głupoty w stylu TACWS, ale może to pominę… ;P W
    każdym razie-  jutro miała być już
    niedziela, a praktycznie wszystkie plany były niezrealizowane. ‚Bojowo’
    nastawione poszłyśmy spać. A budzik był nastawiony na 7:15… 

     

    Niedziela 23.08.2009

    7:15- pobudka. Deszcz, przestawiamy budzik o godzinę. 8:15-
    pobudka. Deszcz. 8:34- dostaję smsa, skuteczna pobudka, jednak deszcz nadal
    pada, po prostu piękny początek dnia. Nic nam się nie chciało, nawet wstać.
    Pogadałyśmy, obgadywałyśmy, kogo trzeba… i przyszedł nam do głowy ciekawy
    pomysł. Humor poprawił nam się na tyle, że włączyłyśmy TV i pooglądałyśmy
    Cejrowskiego, jakiś odcinek Panny z Mokrą Głową, gdzie optymistycznie
    stwierdzono, że przez deszcz „zaleje Zakopane”, a w międzyczasie zaczęłyśmy
    układać „plan działania” oraz treść transparentu xD Transparent był gotowy, a
    my powoli zaczęłyśmy szykować się do wyjścia. W TV leciał jakiś film z trzema
    dziewczynkami, do tej pory nie wiemy jaki i jak się skończył ;P Deszcz nadal
    padał, a my wyszłyśmy o 11:40. Zgodnie z planem kupiłyśmy taką fajną pluszową
    owcę, a ja próbowałam w końcu sprzedać bilet. UDAŁO SIĘ! Za 30zł, ale zawsze.
    Sprawy „przedskoczniowe” załatwiłyśmy, więc mogłyśmy spokojnie iść przez błoto
    na skocznię. Tym razem nie wkładałyśmy peleryn, za bardzo nas denerwowało, a
    deszcz nie był zbyt duży. 
    Stwierdziłyśmy, że nie ma na co czekać, od razu poszłyśmy pod domek
    Niemców. Trochę głupio, sporo ludzi, Hocke łazi, inni ćwiczą skoki imitacyjne,
    przychodzi Szpetny, a po chwili spokój, został tylko Werner, Carolin i Rofl
    Schilli. Cóż, lepszej sytuacji nie będzie, trzeba rozpocząć akcję. Podchodzimy
    do siatki, na trzy-cztery wołamy, Amelia trzyma „transparent”.  Werner odwraca się, trochę go przytkało.
    Carolin  coś powiedziała, zaczęli się
    śmiać.  Schuster szybko podchodzi do
    domku Niemców i kogoś woła. Po chwili widzimy wychylające się trzy skoczkowe
    głowy- oczywiście patrzą się na nas i śmieją. W jednym z nich rozpoznajemy
    Uhrmanna, który podaaje Rolfowi Schilli aparat. Ale to było mniej ważne, bo w
    tej o to chwili w naszym kierunku zaczął zmierzać WERNI. Idzie powoli,
    speszony, patrzy pod nogi. A my oczywiście przeszczęśliwe. Chwila rozmowy,
    podarowanie misia… Podchodzi Rolf Schilli i chce nam zrobić zdjęcie[zdjęcie faktycznie zostało zrobione, rofl wysłał nam je w lipcu -przyp.aut.^^] . No ok,
    bardzo chętnie. Ale potrzymać transparentu już mu nie dajemy, jeszcze czego
    ;> Korzystając z okazji, prosimy Werniego o zdjęcie[12:53]. Szybko wyrwałam
    jakiegoś gapia do robienia i pozujemy. Na koniec podziękowanie, życzenia
    udanego występu i odchodzimy. A wtedy…. radość, pisk, krzyk i płacz. Z radości
    oczywiście ;)

     

     

     

     

    Dobra pasja jednak nie skończyła się i po chwili zobaczyłam
    Kocha. Naszą wspaniałą czteroosobową grupką wołamy go, Martin patrzy- pomachał.
    Przeszedł za domkiem. Znowu krzyczymy, tylko teraz macham jeszcze prezentem.
    Martin patrzy i więcej nic. Przeszedł za kolejnym domkiem- sam już na nas
    patrzy, a ja nadal macham prezentem jak jakiś idiota. Jeeeest. Przynęta
    podziałała. Martin z kartami wspinał już się pod górkę po mokrej trawie. Szybko
    dałam mu prezent, tłumacząc, że może to sobie złożyć i zalatać jak prawdziwym.
    W połączeniu z opakowaniem klocków lego na twarzy Martina pojawił się banan :D 

     

     

    Korzystając z wyjątkowego szczęścia chciałam dorwać też Ilję.
    Co prawda, nie był wyjątkowo miły, jednak plastron dał.  Niestety nie udało się dorwać Soboleva, który
    w tym czasie zdążył już odjechać ze skoczni :(  

    I po tym wszystkim zaczęła się zabawa. Skakałyśmy w rytm ‘my
    jesteśmy krasnoludki’, co z zainteresowaniem obserwował Radik Zhaparov ^^ A
    Neumayer zapomniał wziąć czegoś na skocznię, zjechał wyciągiem, biegł po
    mokrych schodach i pięknie się wywalił ^^.

    Po kilku minutach zobaczyłam Agatę, która próbowała zawołać
    Wuffa- pomogłam jej. Wolfgang zostawił narty i wszedł po schodach, nie tak jak
    Koch xD Dostał książkę z bajkami i zadowolony zaczął pozować do zdjęć.
    Oczywiście zleciało się bardzo dużo ludzi. Ot ironia- ludzie jadą na Małysza,
    który nie ma dla nich czasu, a mają zdjęcie z Loitzlem. 

     

     

    Konkurs się skończył nie wiadomo kiedy. Przeszczęśliwe
    wychodziłyśmy ze skoczni, przy okazji machając do Werniego i Vaciaka. I
    zobaczyłyśmy Mikę Kojonkoskiego w naprawdę zacnym, obcisłym ubraniu(jeansy plus
    sweterek). Może i byłyśmy przeszczęśliwe, ale też niesamowicie głodne, więc
    zamówiłyśmy po średniej(okazała się ogromna) zapiekance spod skoczni. Pyyyycha
    <3   Na kwaterze przez dłuższy czas wspominałyśmy
    udany konkurs, a i tak nie mogłyśmy uwierzyć w nasze szczęście- wszystko, co
    zaplanowałyśmy udało się. A przecież wcześniej zupełnie nic nie wychodziło. Wieczorem,
    na uwieńczenie tego wspaniałego dnia, wybrałyśmy się z Izą i Kejt do
    Maca(zakopiańska tradycja <lol2>) na ciastko i jeszcze na Wareczkę.  A potem trzeba było się żegnać z dziewczynami,
    bo następnego dnia rankiem już jechały :((

     

    Poniedziałek 24.08.2009

    Z samego ranka, gdy przestał padać deszcz, poszłyśmy na
    dworzec po bilet, a potem do COSu na kawę i pogadać z dziewczynami. W
    międzyczasie okazało się, że Iza z Kaśką widziały kogoś z naszym Państwem Kijek
    :((. Czas mijał szybko na wesołych rozmowach, pozowaniu do reklamy za darmo

     

     


    i „udzielaniu
    wywiadu” jakiemuś nie bardzo dzisiejszemu kolesiowi z SNC.  Niestety nasze wypowiedzi nie spodobały się,
    bo były za mało faneczkowe, nie było boskiego Gregorka i Toma no i wywiad nigdy
    nie został opublikowany :((

    Było już popołudnie, więc stwierdziłyśmy, że przydałoby się
    coś zjeść. Padło na nasze wspaniałe, wczoraj odkryte zapiekanki.  Pyszne jak wcześniej, ale teraz ciągle latała
    za nami osa i nie dawała nam spokoju. W międzyczasie wpadłyśmy na pomysł
    zwiedzania skoczni ;) I to była zdecydowanie jedna z najlepszym decyzji, jakie
    podjęłyśmy w trakcie wyjazdu. 3 godziny łaziłyśmy, wygłupiałyśmy się, robiłyśmy
    zdjęcia(do perfekcji opanowałyśmy używanie wyzwalacza), a ludzie patrzyli się na nad jak na nawiedzone :) Koło domku Niemców
    złapał mnie skurcz, co spowodowało kolejną falę głupawy… xD

     

     

    Po dordze na kwaterę spotkałyśmy Ilonę i Aldonę. Pogadałyśmy
    chwilę, zrobiłyśmy zdjęcia(a raczej zrobił przystojny chłopak, którego
    poprosiłyśmy xD) i musiałyśmy się pożegnać :(( W naszym małym pokoiku przy
    Małym Żywczańskim 16F długo nie wysiedziałyśmy- poszłyśmy robić przedwyjazdowe
    zakupy[po drodze trafiając na samochód o rejestracji GAY] w delikatesach
    Turysta i kupić oscypki(zajście do Maca pominę, bo żal <lol2>). Z
    ciężkimi torbami i zimną Colą w łapach zadowolone wróciłyśmy na kwaterę,
    gdzie… bardzo miło zagadała nas gospodyni Antonina Hujek. Zero wątów, zero
    krytyki, miła rozmowa jak nigdy o.O Na koniec dnia zostało nam oglądanie zdjęć
    z całego wyjazdu i w końcu skorzystałyśmy z rady Berniego i wypiłyśmy po
    Tyskim. Nigdy więcej nie posłucham Berniego, błe. <lol2>

     

    Wtorek 25.08.2009

    Pogoda idealna, na niebie żadnej groźnej chmurki. Z samego
    rana wyszłyśmy na dworzec i przy okazji musiałyśmy przebiegać przez światła-
    pechowo rozpiął  mi się zapchany do
    granic mo
    żliwości plecak, wypadło jabłko i potoczyło się z nami przez
    przejście. Wzrok pani idącej znad przeciwka- bezcenny. <lol2>
    Pożegnałyśmy się z Amelią po dwóch tygodniach wzajemnej udręki(^^) na dworcu
    PKS, ja poszłam do siebie na PKP poczekać w spokoju dwie godziny na pociąg.

     

    A
    tam znowu rozpiął mi się plecak i wypadło jabłko.

     

     

    Wyjazd był idealny, szczególnie czwartek i niedziela. Chociaż
    wtedy  początkowo wydawał się nieudany,
    zgodnie przyznajemy, że byłybyśmy skłonne wrócić do tamtych dni, nawet do
    całkiem nieudanego piątku.

    Serdecznie pozdrawiam szczególnie Hrabinę Amelię ;> oraz
    Izę, Kejt, Ilonę, Donę, Pauliny dwie ;), Izkę, Milkę, Agatę, Mili, Crazy, Anett :) Bez Was nie
    byłoby tak samo :*

     

     

    Do podobnego zostaje teraz czekać albo pół albo nawet cały rok :( Głupia Wisła, psuje wszystkie plany :(((

    Tak sobie myślę, że powinnam coś napisać o PŚ, chociaż brak jakiegokolwiek opisu z LGP nie bardzo mi się podoba ;>  Po czterech latach znowu wybierałam się na PŚ. Znowu były mrozy, znowu nikomu nie podobał się pomysł mojego wyjazdu. Tym razem było jeszcze gorzej, bo można powiedzieć- jechałam ‚sama’.
    W czwartek 21.01 o 8 wyjechałam z Białegostoku, w Krakowie byłam kilka minut przed 16. Dziewczyny już na mnie czekały, ale fakt, że szukałyśmy się prawie godzinę chyba pominę ;) W każdym razie po 18 byłam już w domu u  Ilony i Aldony, które przenoczowały mnie(dziekuję jeszcze raz ^^). Pooglądałysmy zdjęcia, plakaty, filmiki z Leonardo na jutubie i w ogóle było bardzo miło. No, może zrobiło się trochę nie miło, gdy okazało się, że do Zakopanego nie raczył przyjechać szanowny Martin Koch, któremu przez pół Polski wiozłam prezent urodzinowy. W każdym razie bardzo miło się rozmawiało i nie udało się pójść wcześnie spać, chociaż drugi dzień z rzędu miałam wstać o 4:50 -_- 
    Jakoś wstałysmy, wyszykowałyśmy się, wsiadłyśmy o 5:50 do autubusu do Krakowa, o 7:35 do Zakopanego i po 10 byłyśmy już w Zakoo <3 W autokarze siedziałam koło jakiegoś Turka/Rumuna podobnego do Chedala. Z moim szczęściem- nic dziwnego.  Myślałam, że w Zakopcu nie wyrobię z zimna, siedziałyśmy w taksówce, a ja najwyczajniej trzęsłam się. Trochę mi przeszło, gdy dotarłyśmy na kwaterę. Gospodyni nie było, a jej kompetentny syn ‚zaprowadził nas do jakiegoś pokoju’ i kazał czekać na mamę, bo ‚ona będzie za godzinę lub dwie’.  Inteligentny syn wpakował nas do trzyosobowego pokoju – nas było pięć. Ale nie narzekałyśmy, łazienka z podrzewanymi kafelkami i ‚aneks kuchenny’, który służył u nas za kuchnię- bardzo  przyjemne miejsce do siedzenia, w pełni wynagrodziły nam dwie dostawki. Od samego początku śmiałyśmy się z Grażyna(tak chłopaka nazwałyśmy, bo nikt nie wiedział jak się nazywa…) i tak już zostało do końca. A z n-k dowiedziałysmy się, że Grażyn tak naprawdę nazywa się Andrzej. xD
    ,

    Wkurzyłyśmy się straszne, bo Gospodyni nie pojawiła się po tych dwóch godzinach, olałyśmy i poszłyśmy pod skocznię. Zafundowałam sobie też mały spacerek i w ten oto sposób przypadkiem odkryłam gdzie znajdują się popularne w tym roku Hyrny. [tutaj akurat nie ma nic ciekawego do opowiadania].
    Około 14 ruszyłam z Magdą na skocznię. Miałyśmy farta, bo weszłyśmy jeszcze przed najgorszym tłumem. Od samego początku zaczęło się śmianie z Alter Ego Koja, Vaciaka i jego brata.  Przy okazji napatoczył się Werni z Berim xd.  Konkurs może nie bardzo ciekawy, zimno i w dodatku podium mogło być lepsze, ale opłacało się pojechać, choćby tylko dla zobaczenia po raz kolejny Aho skaczącego na żywo.  [próby dorwania Werniego po konkursie i wbieganie pod prąd na teren skoczni daruję sobie].
    Po konkursie i pożegnaniu z Magdą marzyłam tylko o gorącej herbacie. A wieczorem(a można powiedzieć, że nocą) koncert Kroisos. W kilku słowach- było super :)
    W sobotę o wiele ciekawszy konkurs, w tym dwa rekordy skoczni. Szkoda, że pobito Hannawalda, ten jego rekrod sprzed 7 lat to było naprawdę coś. A teraz? Na wszystkich skoczniach są praktycznie Ci sami rekordziści… ;/ Konkurs był jeszcze o tyle dobry, że w końcu udało mi się dostać jakieś autografy i zrobić zdjęcia (Dzieciorób xD ).  Trzeba też wspomnieć o okropnej organizacji. Na sektory C było tylko jedno wejście, ludzie nie mieli jak wejść na trybuny, rozwalali siatki, to było po prostu okropne…
    A po konkursie znowu marzyłam tylko o herbacie…
      Reakcja warta zapamiętania: ‚Koooooofi’x5 na widok zdjęcia. Tego zdjęcia xD:

    W tym momencie warto wspomnieć o naszych wspaniałych sąsiadach- białoruskich juniorach. Troszkę dzicy,  nie opuszczali klapy w łazience, oglądali filmy z ruskim dubbingiem itp. Fajny był trener, z którym pogadałam sobie po białorusko-rosyjsku w niedzielę xD. Ach, fajne były też narty jednego z nich, z którymi po cichaczu zrobiłyśmy sobie sesję zdjęciową ;]
    Niedziela była pod znakiem miłego leniuchowania. Uaktywniłyśmy się na dobre dopiero koło 15, gdy trzeba było zjeść obiad, który wyjątkowo postanowiłysmy zrobić same. I to nie byle jaki obiad, bo z okazji Derbów Mediolanu postanowiłysmy ugotować spaghetti ;D 1kg makaronu, sos Pudliszki własnoręcznie wykonany…. pycha :D  Około 19 wyszłyśmy na poszukiwanie knajpki, gdzie moznaby obejrzeć mecz. Żadnej nie widać, powoli tracimy nadzieję, a tu raptem szyld SPORT CORNER.  Wystrój od razu nam się spodobał, miła obsługa od razu powiedziała, że włączy nam mecz, a menu było przednie. Gdyby tak jeszcze Leo miał mniej powodów do złości i wynik był lepszy…(dla przypomnienia- 2:0 dla Interu)
    Niedzielny poranek zleciał nam już na dopakowywaniu się i siedzeniu w naszej kochanej kuchni <3 A już o 10 wyjazd ze wspaniałego Zakopca :(
    Już nie mogę się doczekać sierpniowego LGP, wiem, że będzie wspaniale. I oddam  Kochowi tego bałwana, ktory aktualnie przez pół roku będzie leżeć u mnie w szafie… -_-

    Teksty wyjazdu:
    -Zaprowadził nas do jakiegoś pokoju
    -Kooooofiii
    -Szmal jak Lazzaroni- z tyłu laska
    -Restauracja pod Armandem
    -Gdzie Lucecit pięć, tam jest co jest!
    -Zły Leoncio o.O

    Ten wyjazd był zupełnie inny niż cztery pozostałe. Inny, ale nie gorszy. Na pewno będę go mile wspominać, chociaż dłuuuugo nie przeboleję, że żaden z postawionych celów nie został zrealizowany. Szczególnie wszystkie plany(marzenia? ;>) związane z niejakim Janne A.

    Serdecznie pozdrawiam Aldonę, Ilonę, dwie Pauliny, Magdalenę ^^, Crazy, Annett i wszystkich innych, z którymi spotkałam się w Zako. Pozdrawiam również  Hrabinę, która wyjazdowe fazy nadrobi w sierpniu :D

    Resztę zdjęć z wyjazdu na fb lub w moim albumiku.

    Ciało W/V… ;)

    Witam w Nowym Roku ;)
    Wyjątkowo pierwsza notka pisania nie 1.01, ale nie miałam ani weny ani chęci.  Od 28 grudnia do 2 stycznia byłam w Pabianicach u Wu. Było, że się tak wyrażę, bosko. Tyle śmiechu z byle powodu do póxnych godzin, że nie odespałam wyjazdu do tej pory ;) Przy okazji chcę napisac, że polskie filmy z lat 90-tych są najlepsze. Po prostu. Szczególnie Pasikowskiego z najlepszymi z najlepszych. Po prostu, widzisz na ekranie Macieja Kozłowskiego, Bogusia Lindę, Artura Żmijewskiego, Czarka Pazurę(bez różnicy, czy z prawym kciukiem czy bez), Marka kondrata czy Mirosława Bakę i wiesz, że możesz oglądac film, bo na pewno się nie wynudzisz(ewentualnie popłaczesz ze śmiechu, jeżeli oglądasz film w dobrym towarzystwie). Aż chciałoby się podac kilka cytatów z Psów, Sary, Reichu czy może już z trochę młodszego Dnia Świra Koterskiego, ale jest ich tyle, że wszystkich nie chce się wypisywac, a pominąc ktoryś szkoda ;)

    Wczoraj miałam Wigilię. Od samego początku planowaliśmy, że zwyczajnie posiedziemy w domu, jednak godzinę przed planowaną Wigilią stwierdzilismy, że możemy pojechac na wies. W ciągu pół godziny spakowaliśmy całe jedzenie i kolo godziny 16 pojechalismy. Na drodze ślisko, pada snieg, ale przyjechaliśmy o czasie, tzn. wyrobiliśmy się na 16:30- początek skoków xD. Wieczór zleciał szybko, w Koryciskach nie siedzieliśmy długo, bo baliśny się, że przy tak obfitych opadach zawieje drogę. A w nocy do Cerkwi… Niby stałam 3,5 godziny, ale wyjątkowo nie chciało mi się spac, moze dlatego, ze było tak zimno, że gdy ludzie mówili, to było widac parę?  W każdym razie, po staniu w takiej zimnicy, położyc się o 5:46 w ciepłym łóżeczku to po prostu wspaniała sprawa.
    A dzisiaj pierwszy dzień świąt. Szkoda, że czasy, w których napisałabym ‚od Mikolaja dostałam to i to’ już dawno minęły. W każdym razie, obudzono mnie przed 10, więc oczywiście nie wyspałam sie. U dziadków w Morzu wynudziłabym się jak mops, gdybym nie wzięła komputera i filmów. Lepiej było wieczorem u wujka. Ulcia jest już taka duuuża. I nie powiem, duuża rozrabiaka. Gówniarza zabiegała, a przez jej grę na ‚keybordzie’ od ‚Mikolaja’ rozbolała mnie głowa.  Ale i tak ją uwielbiam :)

    Aż mi siebie żal. Nie wiem nawet ile dokładnie czasu minęło od ostatniej notki, nie wiem, czy ktoś tu jeszcze wchodzi(mało prawdopodobne), jednak poczułam potrzebę napisania. Taak, tutaj, nie na fotoblogu czy gdzieś. W takim mini-skrócie ostatnich miesięcy(by potem miło przypominać sobie) Zako->liceum->pamiętny wyjazd na Ukrainę. Reszta nie jest ważna. Teraz też nie wiem po co piszę, nic szczególnego nie wydarzyło się.

    Wczoraj miałam Wigilię klasową. Nic specjalnego, szczerze mówiąc. Nie było to nawet lepsze od siedzenia na jakiejś nudnej lekcji. No, chyba, że na tej lekcji trzebaby zapisywać jakieś pierdoły… Ogólnie cały wczorajszy dzień był jakiś nie do końca udany. Wstałam o 3 rano(!), ułożyłam wspaniały plan działania, który zwyczajnie spalił na pancewce. Żadna z ważnych spraw nie potoczyła się jak chciałam, nawet klasówka z matematyki ;]. Ale dzisiaj było już o wiele lepiej, choćby dlatego, że jutro już wolne ;). Ale jeszcze pogadałam, pośmiałam się, popatrzyłam(w oczy ;) ^^) i ogólnie wszystko to jest wielki plus. Druga Wigilia klasowa, tym razem gimnazjalna, też jako tako ujdzie. A dlaczego cieszę się, że poszłam, wiedzą Ci, którzy powinni ;].

    Postanowienie na najbliższe dni: w końcu obejrzeć Szklaną Pułapkę! xD

    Witam wszystkich serdecznie, coś mi
    się zdaje, że powinnam wreszcie coś tu napisać. Od ostatnej
    notki kilka razy zbierałam się do pisania, serio. Tylko zawsze albo
    brakowało czasu albo motywacji, a gdy już miałam to i to,
    dochodziłam do wniosku, że poczekam jeszcze trochę, to i notka
    będzie dłuższa. Sorry, zawsze byłam leniwa <robi „przepraszam” po migowemu :D>

    Powinnam przestawić się na częstsze pisanie.
    Może nie będzie nic ciekawego, ale przynajmniej nie wyjdę z jako
    takiej wprawy(już wyszłam -_-).

    Pominę większość bzdet, o których
    miałam zamiar pisać wcześniej. Wspomnę tylko, że zostałam
    laureatem konkursu gimnazjalnego z białoruskiego, a egzaminy były
    proste jak budowa cepa. ;)

    A… No i od pewnego czasu ciągle
    oglądam tych oto panów(nie ukrywam, że panie z mniejszą
    przyjemnością):

     

     

    Ci panowie występowali w amerykańskim programie Whose Line Is It
    Anyway?(jeżeli ktoś nie wie, co to jest, zapraszam na google.pl). Z
    tych panów najbardziej lubię tego pana w zielonej koszuli i
    kajakach zamiast butów(15USA xD)- Ryana Stiles. Boski facet, tylko
    dać mu jakiegoś kolegę do scenki i może zdziałać cuda(chociaż
    sam też daje sobie radę). Obejrzyjcie sobie obojętne jaki fragment
    programu na youtube: przekonacie się.

    Tydzień temu, w poniedziałek, musiałam opuścić kochane Whose Line. Powodem tego był wyjazd na Białoruś, dokładniej do Mińska. Przyznam, od dłuższego czasu czekałam na tą wycieczkę. Jak cholera chciałam zobaczyć wreszcie Mińsk. I muszę przyznać- jest tam pięknie. Czysto, zielono, ulice zadbane, przystojni faceci… Czego więcej chcieć? :D A no jednak można chcieć. Choćby taksówki z Anisimovem, której jednak nie widziałam :( :P

    Pomijam już nawet jedzenie(jak człowiek głodny, wszystko zje i tyłka mu nie rozerwie). Gorsze było nasze schronisko, czy jak to nazwać. Pokoje zasyfione, podłoga chyba od kilku miesięcy nie myta, łóżka małe, za miękkie, koce pokryte miejscami niezydentyfikowaną białą zeschniętą substancją… Błe.  No i mistrzostwo świata- łazienki. Kible bez desek, kabiny bez zamków, zlewy wspólne dla wszystkich(w tym żeńskie WC wychodziły z pomieszczenia z umywalkami, prysznice działały tylko na drugim piętrze(a i to tylko trzy z czterech). A jaki to prysznic piękny..  zero zasłonek, każdy oddzielone od siebie ścianą. A „kabiny” takie małe, że troszkę się poruszusz i coś wystaje -_-. I tak najdebilniejszą decyzją był wypad pod prysznic o 5:30. Woda lodowata, w schronisku zimno. Nigdy więcej tego nie powtórzę, macie to jak w banku.

    W sumie byłoby ok, gdyby w sklepie dawali mielonkę, gdy się o nią prosi, a nie jakiś pasztetowy syf bez smaku dla niemowląt. Byłoby naprawdę miło. A. I jeśli kiedyś zawieje Was na Białoruś, koniecznie kupcie wodę mineralną i lody. O ile ta pierwsza jest  marna w smaku(słona…), to lody są B O S K I E.

    Nie zmienia to jednak faktu, że bardzo chętnie pojechałabym do Mińska jeszcze raz. I potem jeszcze i jeszcze, ile wlezie.

     


    Inne zdjęcia u mnie, pewnie potem trafia do albumika

     

     

    Na koniec piosenka, której nie mogę się nasłuchać(i nie jest to piosenka o żonie R(r)yana xD) :)))

    Pozdrawiam wszystkich,
    Ciało.

    Wiecie co? Po raz pierwszy nie mam
    wymówki w stylu „nie miałam o czym pisać”. Zwyczajnie
    brakowało weny. Kilka razy myślałam o zakończeniu swojej marnej
    działalności na blogu. Ale wtedy, po kilku latach, gdy szczegóły
    wylecą z głowy, będzie miło wejść na bloga i przeczytać jakąś
    starą notkę ;P

    Pominę styczeń i przejdę od razu do
    FERII. W pierwszym tygodniu z drużyną o szanownej nazwie „Ekipa z
    niebieskiego jeepa[zmiennie dżipa]” brałam udział w ‚turnieju’
    siatkarskim. Ujawniając nasz wspaniały talent do gry(ha ha ha xD),
    zajęłyśmy 2 miejsce. Pierwszy siatkarski medal ^^ <szpan>

    Drugi tydzień… A co ja będę
    pisać(ściągnę pomysł z pewnego fbl’a ;P):

     

     

    Ave Aśka. Ave przełamywanie lodów.
    Ave spadający siatkarze. Ave IMOŁ. Ave SITOŁ. Ave Tajemnica
    Brokeback Mountain(to Jack bardziej cierpiał!). Ave trzy sarny. Ave
    emo foty na torach. Ave ślad stopy z dziwnym wzorkiem. Ave Sławek
    Szmal. Ave spanie na Shreku i Zapachu Kobiety. Ave Marlon Brando. 
    Ave Godmothers. Ave glut. Ave plakat Cristiano Ronaldo na ścianie.
    Ave vademecum Euro 2008/Mundial 2006. Ave co? Ave Ze Kalana. Ave gra
    w wojnę na dwie talie o 2 w nocy. Ave Białowieża. Ave bitwa na
    śnieżki. Ave zabawa w Marlona Brando. Ave Azzurro. Ave Bryan Adams. Ave Inter
    Amala(<lol2>). Ave Laźo. Ave niedokończone puenty. Ave
    dobieganie do autobusu. Ave. Ave. Ave. Ja chcę jeszcze raz! :D :*

     

     

     


    artystyczne foto. <lol2>

     

    Z konkursów pozostał
    białoruski(tym razem będzie laureat ;>). W szkole od czasu ferii
    ostry zapierdziel. Tak ostry zapierdziel w nadrabianiu, że nie
    wyrabiam. Na dobrą sprawę, nie powinnam teraz pisać notki, tylko
    kuć z biologii i chemii. -_-

    Może teraz coś o MŚ? Moim zdaniem
    tragizm, jeżeli pominie się pierwszy konkurs na K-90. Gratulacje
    dla Justyny Kowalczyk i Wuffa :D.

     

     

     

    Jezioro Łabędzie wymiata :)

     


    faza na starówce.

     

     

    A Pronat utrzymał się w I lidze i
    zajął 5 miejsce. o. xD.

    Dla Hrabiny Turek najlepszejszego z
    okazji 18. ;].

    Pozdrawiam wszystkich.

    I daję dobrą radę- nie czytajcie opowiadań z Austro Teamem, bo zeżrą wam mózg. Alex. <lol2>.

    KOCHAM TO:

      Edit:

     

    JANNE WRACA!!!


    ***Pierwsze minuty 25.12.2008***

    Powoli dochodzę do wniosku, że wypada
    napisać notkę. I faktycznie, ostatnio pisałam we wrześniu i od
    tamtej pory kompletnie nie miałam ochoty i tematów do
    pisania. Szczerze? Nadal nie mam ani jednego, ani drugiego. Pozostaje
    mi nadzieja, że trochę poklikam w klawisze i znajdę coś do
    opisania.

    *po dziesięciu minutach ‚myślenia’
    …*

    W szkole ujdzie, z niektórych
    przedmiotów mogłoby być lepiej, jednak jak na takiego lenia,
    z jakim właśnie macie do czynienia to i tak wiele. No i konkursy.
    Jak na razie wyjątkową 100%- rejony z polskiego, białoruskiego i
    g.e.g.r.y. (zaraz wyjdzie, że się przechwalam ;P). Powinnam nie
    odchodzić od książek i uczyć się, uczyć i jeszcze raz się
    uczyć. Przynajmniej z tego trzeciego. Ale tu znów wyłazi
    moje lenistwo. I tak nie mam jeszcze źle- przecież zamiast wód
    na Ziemi mogłam trafić na gorszy temat konkursu. O historii ziemi
    na przykład.

    *po następnych dziesięciu minutach*

    Ostatnio mam odwałkę na punkcie
    książek Musierowicz i polskich seriali młodzieżowych z lat
    70-tych. Kompletnie nie wiem dlaczego. I szczerze mówiąc, nie
    wiem po co tutaj o tym piszę. Chyba kompletnie zatraciłam
    umiejętność pisania notek na bloga.

    ***1 stycznia 2009***

    Po kilku dniach myślenia „co by tu
    napisać, by mi to odpowiadało, a zarazem nikogo nie zanudziło”
    nic nie wymyśliłam. Ale Nowy Rok jest odpowiednim tematem do
    pisania, więc skorzystam. Na pewno nie mam powodu by narzekać na
    poprzedni rok. Pod żadnym aspektem. Co wyróżnię?

    Na pewno zainteresowanie XIX
    romansidłami(xD ), piąte zwycięstwo Aho w TCS i zakończenie
    kariery, akcję z kibicami Wilgi Garwolin, Euro 2008, wszystkie
    wyjazdy i przyjazdy, Olimpiadę w Pekinie, błękitnego słonika,
    wiele genialnych rozmów ze wspaniałymi osobami na GG, a
    szczególnie LGP w Zakopanem.

    Po krótkich wspominkach i
    trzyosobowej imprezie(ja, Sobieski i Pułaski) mamy kolejny rok. Już
    2009. I teraz, oglądając Harry’ego Potter’a na TVNie obiecuję
    Wam, że nie będę pisać regularnie notek, jeżeli nie będzie
    dziać się nic ciekawego. Nie lubię pisać krótkich noteczek
    o niczym i tyle.

    Pozostaje mi Wam wszystkim życzyć
    happy nowego goda

    A z innych spraw, tych bardziej
    normalnych, muszę napisać o Turnieju Czterech Skoczni. Jak na
    razie bardzo mi się podoba i mam nadzieję, że to się nie zmieni.
    Trzecie miejsca Harriego i Dimki, powrót Schmitta do formy, no
    i super występy Loitzla! Co do tego ostatniego, to po dzisiejszej
    wygranej mało nie poryczałam się widząc jego radość. Zasłużył
    swoimi dobrymi skokami. Ale nie tylko. Chyba najbardziej zasłużył
    swoją wolą walki i wytrwałością w dążeniu do celu.

     

    Jako, że nie wiem co napisać,
    wypociny zakończę cytatami:

    „Niemcy najwyżej mają Neumayera
    Uhrmanna, a jeszcze wyżej Schmitta”

    „A teraz Gregor Schlierenzauer.
    Przyznam, że mam do niego słabość, lubię takich młodych
    zadziornych sportowców”

     

     


    Ozłocę tego, kto kupi mi taką czapkę, jaką ma Morgi 0.0 <33

    KOCH

    Witam wszystkich ;) Minął już tydzień od LGP w Zakopcu,  a ja wreszcie znalazłam trochę czasu i weny,
    by coś tu napisać. Mam nadzieję, że 
    zechce Wam  się przeczytać moją
    relację(jeżeli skomentujecie też się nie obrażę ;) ). Oddają notkę w wasze ręce:
    dziękuję! xD

     Wtorek:

      Od samego rana rodzice zaczęli coś gadać o wyjeździe
    samochodem, ale dopiero w czwartek. Wiadome- bardzo mi się to nie podobało.
    Nie, raczej można powiedzieć, że cholernie się wkurzyłam. Wiedziałam, że jeżeli
    odpuszczę, to nie pojadę w ogóle. Na szczęście udało się i już o 16:15
    zadowolona siedziałam w obładowanym pociągu do Czeremchy(pomijam, że miało być
    bezpośrednio do Siedlec…). Oczywiście pociąg z Czeremchy do Siedlec był równie
    zatłoczony, nie było wygodnie. A ja przecież jeszcze jechałam z Panem Kijkiem :D W osobówce do Warszawy siedziałam w pobliżu innych kibiców jadących do
    Zakopca. Czterech chłopaków, klasa chyba maturalna i duża polska flaga z
    napisem Siedlce ;P 
      Warszawa jak Warszawa. Kupiłam sobie gazetkę(National
    Geographic), jako że miałam już troszeczkę dość Quo Vadis. Na pociąg czekałam
    tylko godzinę. Podstawili pociąg, ruszył, przejechał przez całą Warszawę i
    wielkie zdziwienie- p u ś c i u t k i. Zawsze miałam tak wielu współpasażerów w
    przedziale, a tym razem nikt się nie dosiadł. Można było sobie spokojnie pospać
    ^^. Co oczywiście nie znaczy, że się wyspałam…

     

    Środa:

      W końcu Zakopane, czekałam na ten dzień cały rok ;) Szybko
    się odświeżyłam, przebrałam, spakowałam co niezbędne(czyt. mała Kropla Beskidu,
    zeszyt, marker, cyfrówka, zdjęcia do podpisania) i fruuuu w  okolicę ul. Bronisława Czecha ;)   Wielka Krokiew jak zwykle spowodowała
    pojawienie się na mojej buzi wielkiegooo banana :D Pospacerowałam troszkę,
    poszłam na małe skocznie, a potem spotkałam się z  Milką(zauważyłaś, że nie zrobiłyśmy razem
    żadnego zdjęcia? ;P) i Agatą. Oczywiście ruszyłyśmy pod COS. Najpierw nic się
    nie działo, pustki, żenujące komentarze ochroniaża. A potem aż nadmiar
    szczęścia. Praktycznie w tej samej chwili przyjechali Ukraińcy i o dziwo
    Evgenij Plehov z Romanem SERGEEVICHEM Trofimovem.  Oczywiście nie dało się złapać tych i tych.
    No i Ukraińcy zwiali, a szkoda ;(  Około
    16  wszyscy się dowiedzieli, że COS
    chamsko zamknęli, a Ci, którzy byli na placu już nie mogliby wejść, jeżeli
    zechciałoby im się wyjść(no chyba, że drugim wejściem…). A ja nie miałam
    pluszaków i książki Miki Kojonkoskiego(do podpisu oczywiście)- miałam pójść do
    domu po prezenty, no i przy okazji przyprowadzić mamę. A tu zonk. Próbowałam
    jakoś dodzwonić się do mamy, powiedzieć, by jakoś sama przyszła i wzięła to i
    to. Powiedziałam jej, że  COS zamknięto,
    ochrona jest debilna i w ogóle czegoś innego się spodziewałam. Podałam przy
    okazję drogę do drugiego wejścia (tzn. : jak idziesz od skoczni, to skręć w
    lewo na ulicę Żeromskiego, a potem wejść zieloną bramką itp. Itd.). Wątpiłam,
    że sama trafi, ale co poradzę… A tu po prawie godzinie słyszę jak mama mnie
    woła. Co lepsze- wysiada z jakiegoś samochodu xD Szczerze, to pomyślałam, że
    dorwała jakiegoś Rosjanina od skoków ;PP Szybko podeszłam, a mama zaczyna
    mówić, że to jest Pan Pochwała(!!!!), że jego syn jest skoczkiem( xD) i że on
    ją przywiózł, bo ona zabłądziła(dlaczego się nie dziwię -_-?). Oczywiście
    podziękowałam Panu Pochwale. Swoją drogą, Pan Pochwała jest bardzo miłą osobą
    ;P Aż bardziej zaczęłam zwracać uwagę na Tomka XDDDD. Okazało się, że mama
    doszła do stadionu podpisanego na mapie COS(no bo oczywiście ona woli iść inną
    trasą z mapy, niż tą, którą podałam), trafiła na trening Ukraińców(do tej pory
    zastanawiam się czy to byli skoczkowie czy kombinatorzy) i podobno rosyjskich
    kombinatorów.
      Miałam misie, więc zostało mi tylko czekać na Ruskich.  Pierwszy zjawił się Dmitrij Ipatov(„Pierdoła,
    obróć się!”) ^^, ale to tylko dlatego, że przyjechał wcześniej. Później był
    Wolfi Steiert. Zdjęcie jakimś cudem podpisał, na zdjęcie czekałam trzy razy, a
    potem to już zwyczajnie nie miałam ochoty. A poza tym, Steiert  na pytanie o pozostałych skoczków stwierdził,
    że będą za godzinę- przyjechali po 10 minutach ;)

     

     

      Mama była pod COSem, więc od razu zaczęło się „molestowanie”
    Dimki Vassilieva, który inteligentnie stwierdził, że my zawsze
    czekamy(xD).  OD razu zaczęła wypytywać o
    Internet, Dimkę, Mitkę(a on i tak Dmitrij :D). No i dostał pluszaka. Krowę w
    różowej sukience… nie ja wybierałam ;)   
    Drugą maskotkę dostała  druga ½
    Dmitriady- Ipatov. xD  A bo był wyjątkowo
    nie pierdołowaty i szybko załapał, że ktoś napisał do niego na mirze (pomijam,
    że nie odpisał ;>)  Ale opłaciło się,
    mam śliczne zdęcie z  misiem i Ipatem. A
    Dmitrij wyjątkowo nie ma miny „co ja tu robię i czego ode mnie chcą?”.  Postałam jeszcze troszkę czasu w oczekiwaniu
    na innych skoczków, a do mamy doszło, że nigdzie nie ma jej ukochanej,  obdrapanej mapy Zakopca. Zażartowałam, że
    włożyła do torebki z krową dla Dimki. Co niestety okazało się prawdą. <lol2>
    Jestem ciekawa, co on zrobił z tą mapą. No i mam nadzieję, że nie było na niej
    zaznaczonej żadnej trasy…
      Denisa nie
    dorwałam(ale za to mam jego kartę :D), Karelin prawie mnie opieprzył(pomijamy,
    pomijamy..), ale w sumie, to jestem zadowolona z czatowania.

     

     

    Czwartek:

    Oczywiście z samego rana pod COS.  Po drodze spotkałam Berniego i Wolfiego i
    jednego pana, na którego nie zwróciłam uwagi…, jednak nie zaczepiałam ich.   Pod COSem w sumie było nudno, gorąco,
    ochroniarz-debil wkurzał. A wtedy trzej panowie wrócili pod hotel. Oczywiście
    postanowiłam zrobić zdjęcie ze Steiertem. Ale czwarte podejście się nie udało,
    zbył mnie słowami: „nie, idź do niego, on jest najlepszy” i pokazał na tego
    pana, na którego wcześniej nie zwracałam uwagi. Walter Hofer.  A Steiert oczywiście zwiał. Z niektórymi robi
    zdjęcia numer 62, a mnie kurcze spławia ;P 
    Potem pojawili się niektórzy Austriacy, w tym Martin Koch i Wolfi
    Loitzl. Miałam podpisane kolejne zdjęcia i przy okazji zrobiłam nowe.

     

     

    Potem nic ciekawego się nie działo prócz
    wielkiej, hurtowej dostawy jabłek dla Schmitta ;P A, no i zobaczyłam wiadomości
    od Assana Tahtahunova, który stwierdził, że ma nadzieję na spotkanie i że
    będzie czekać <lol2>(w jednym miejscu na mnie ^^) Poszłam na kwaterę, a
    po około pół godzinie wyszedł Mika Kojonkoski… To się nazywa szczęście ; 
      Na kwalifikacjach miałam wygodne, siedzące miejsce, na
    zmianę gapiłam się to na skoki, to na Plehova(który to się zapomina i podryguje
    w rytm muzyki ;P). No, gdyby to jeszcze więcej Rosjan się zakwalifikowało, a
    nie tylko Dmitriada :( No i pominę próbę podarowania maskotki Assanowi, bo aż
    żal o tym pisać…

     

     

    Zdjęcie od dziewczyn ze ski-russia.net :)

    Piątek:

    Piątek zaczął się nudnie. Wysłałam kartki, przeszłam się po
    Krupówkach, potem pod COS, gdzie zwiał mi Ipatov. Ale tak na dobrą sprawę, to
    on był mi potrzebny dopiero na skoczni. 
    Tego dnia przed skokami nic się nie działo. Nudy. Przed konkursem
    poszłam jeszcze pod COS, gdzie spotkałam dziewczyny.  Razem poszłyśmy na  skocznię. A w międzyczasie zaczęło kropić ;(
    Przed konkursem chciałam załatwić kilka spraw. A dokładniej, na dwa konkursy
    wyznaczyłam sobie cztery cele:

    1.      
    1.Zdobycie plastron, najlepiej Pierdoły,  jako że już był o to pytany.

    2.      
    2.Na fladze mieć podpisy Plehova i Romana
    SERGEEVICHA Trofimova.

    3.      
    3.Podpis Kojonkoskiego w książce.

    4.      
    4.Znalezienie Assana Tahtahunova i wręczenie mu
    misia xD

      Wyjątkowo szybko trafiłam na Assana. Lekko przestraszona
    dałam mu misia.  I pochwalę się- rozumiał
    co do niego mówię xD Zapytałam też Ipata o plastron(na szczęście już można było
    podchodzić pod domek Rosjan). On stwierdził, że on nie wie czy będzie mieć. No
    jak nie wie, jak dzisiejszy już ma… No to pytam się o dzisiejszy. On nadal nic
    nie wie i mówi, żeby przyjść jutro. Chyba nigdy nie zrozumiem ludzi z
    Magadanu. 
      Następne godziny spędziłam z dziewczynami przy domku
    Kazachów i Ukraińców. Assan przesiedział większość czasu na drewnianym
    krzesełku pod daszkiem domu.   Jako, że
    mama przypomniała mi o zdjęciu i autografie Assana, postanowiłam znowu go
    zawołać. Podszedł, a wtedy… SZOK!  Gdy
    ludzie zobaczyli, że ktoś podszedł i daje autograf, zerwali się i oni. Assan
    podpisywał się na  biletach, kartkach,
    zeszytach, flagach, malował jakieś znaczki na rękach. Po prostu szok. A on
    chyba nigdy nie dał tylu autografów ;P 
    Gdy już wszyscy sobie poszli, strzeliłam sobie z nim foto. Przez siatkę
    kanieszna.
      A potem zaczął padać deszcz. I powiem Wam, że jeszcze nigdy
    lepiej nie bawiłam się na skokach! Chociaż padało, był wiatr i trzeba było stać
    pod parasolami.  Gdy deszcz zaczął
    mocniej padać, a ja zaczęłam narzekać, że „my to tu mokniemy, A Tahtahunov to
    tam sobie pod daszkiem stoi”, Assan 
    uśmiechnięty od ucha do ucha podszedł z parasolem do siatki xD  Ja go nie zobaczyłam, dopiero dziewczyny
    powiedziały, bym podeszła do niego. Dał mi parasol. Do końca nie wiedziałyśmy,
    czy to dla nas, czy  dla dwóch  chłopaków(też z Kazachstanu i chyba też
    skoczkowie), z którymi  dosłownie przed
    chwilką gadał, więc powiedziałam im łamanym ruskim, by też podeszli pod parasol
    xD Wzięli go od nas i trzymali :D Jednak po chwili  dostali przemycone akredytacje i poszli do
    domku Kazachów.  A potem oddałam parasol.

     

     

      Śpiewanie, tańczenie, zabawy z Panem Kijkiem.. Tak, ten
    wieczór był wspaniały ;)   Nawet nie
    żałuję, że odwołano skoki ;P Po drodze do kwatery trafiłam na Kasię i
    Agatę,  czas uprzyjemniałyśmy sobie
    śpiewaniem rosyjskiego hymnu i innych piosenek(no ale niestety, u niektórych,
    czyt. mnie, znajomość słów jest tragiczna ;P). No i spotkałyśmy bardzo miłego,
    otwartego na kibiców Ammanna. A ochrona, by nie marnować sobie czasu,  tylko go ogrodziła taśmą xD

      A,  no i Zenit wygrał
    Superpuchar Europy z Manchesterem. 2:1 ;)

     

    Sobota:

     Poszłam o oscypki,
    potem oczywiście pod COS. Już w drodze dowiedziałam się, że Rosjanie mają
    trening na stadionie ;)   I powiem Wam, że
    miło jest być przywitanym słowami : „fajnie, że przyszłaś, bo jesteś  osobą optymistyczną, a przed chwilą był tu
    pesymistycznie nastawiony Kranjec” xD Nie zdążyłam odpowiedzieć, a tu już ze
    stadionu wychodził Ipat, którego postanowiłam przywitać miłym „Priviet,
    Dmitrij”(w końcu raz się żyje). Ale się speszył xDxD.  Po chwili poszłyśmy na trybuny, gdzie
    zbierali się pozostali skoczkowie- 
    Dimka, Pavel i Denis. Vassiliev od razu został zapytany przez  Anię „Dima, kak dieła?”, na co ludzie
    usłyszeli piękną odpowiedź „chujowo”. Miło. Ale i tak nikt nie umie tak ładnie
    powiedzieć „chujowo” ^^.   Pavla nie
    zaczepiałam, chociaż miał dobry humor – z drugiej strony nadchodził  Steiert. Znowu poprosiłam go o zdjęcie. Tym
    razem było  „no problem”. No, do pięciu
    razy sztuka! xD  A po kilku minutach
    „dopchałam” się do Denisa i jednak udało mi się zrobić z nim zdjęcie.

     

     

      Postałam troszkę pod COSem, dwa razy przegapiłam idącego
    obok Karelina( w związku z czym nadal nie mam z nim żadniuśkiego zdjęcia)…
    Poszłam na skocznię- w końcu przede mną był wspaniały maraton skoków :DD. 9h na
    Wielkiej Krokwi to po prostu bajka :)
      Przed pierwszym
    konkursem zrealizowałam kolejny cel-  po
    nawoływaniach Mika podszedł do mnie, podpisał książkę i jeszcze dodał „Zakopane
    30.08.2008”  ;))   Chyba nie muszę dodawać, że byłam zachwycona?
    ;P A oprócz tego zawołałam Vitalija Schumbartesa, który stwierdził, że on
    wszystko rozumie i mówi po polsku 
    ;)   W ogóle był bardzo miły.  A Assan coś 
    się nie pokazywał ;(  Za to
    dorwałam  Wujka Evgenija  i Romana SERGEEVICHA, który to nie chciał
    podejść. Pierdoła.
      Drugi konkurs oglądałam już z mamą. Rosjanie kiepsko, Vitaliy
    kiepsko, Kazacy podobnie…  A ja jeszcze
    miałam załatwić plastron.  Wątpiłam, że
    cokolwiek wskóram, tym bardziej, że uparłam się na tym Ipacie. No i fakt.  Pierdoła idzie, wołam, Pierdoła olał i wlazł
    prosto do domku ;(  Naprawdę się
    wkurzyłam.  A plastron, głupio się
    przyznać, załatwiła mama. Nie bezpośrednio przez skoczka,  czarowała Arafieva ;>  Ale przynajmniej mam plastron pomazany
    markerem z „27” ;] Za rok pokombinuję sama, nie dam się!.

     

     

    Nie powiem, że  wyjazd
    udał się w 100%, ani nie powiem, że był kompletnie nieudany. Był… Po prostu
    inny. Cieszę się, że tam byłam, że przeżyłam to wszystko, no i że poznałam tyle
    wspaniałych ludzi. Serdecznie pozdrawiam Kasię, Agatę, Ilonę, Donę, Paulinę,
    Paulinę, Gagę, Anett, Klaudię, Sylwię, Basię, Izę, Karolinę i wiele, wiele
    innych osób, które poznałam i z którymi spędzałam czas, a w tym momencie
    sklerozy zapomniałam o nich wspomnieć. :)

    Ach, jeżeli kogoś interesują moje wszystkie zdjęcia z
    Zakopca, to zapraszam na stronę:
    http://martusska.albumik.pl

    Hasło:  Magadan    xD

     PS. Wczoraj byłam w kinie na filmie Mamma mia! Polecam wszystkim! Choćby dla  Abby i Colina Firtha ^^

     

     

    Hello!
    Zdziwieni nową notką? Na pewno. Ja zresztą też. Nie sądziłam, że w najbliższym
    czasie(czyt. do LGP w Zakopcu) coś tutaj napiszę. Ale jednak… Doszłam do
    wniosku, że trzeba zmienić wygląd głównej strony(możliwe, że za jakiś czas
    pozmieniam szablony na podstronach). Może  „to coś” nie jest
    szczytem moich marzeń, co do designu bloga, ale trzeba lubić co się ma ;) 
    Postanowiłam też zmienić trochę sposób pisania. Nie będę na siłę pisać notek co
    jakiś czas i głowić się „co też ja miałam tutaj napisać…”. Będę
    pisać na bieżąco, jeżeli zdarzy się coś ciekawego. 

    Tak na dobrą sprawę, to nie wiem o czym pisać. Wakacje jak
    to wakacje, powoli zaczynają się nudzić(ale broń Boże- do szkoły się nie chce!
    :)). Wyjazdy na wieś, krótkie, bo krótkie, ale już się odbyły i jest spokój.  Ilja przeżyta. Ciekawe czy Rosliak świętował i
    czy po świętowaniu długo kac męczył… A na zabawę chyba więcej nie pójdę,
    przeżyłam za dużą „traumę” z gościem nie dającym mi spokoju ;P Hanna też już za
    mną. Przysięgam wszystkim, że już nigdy więcej nie kupię takiego perfidnego
    różowego jednorożca na hel. E.. Nie, kupić to może i kupię, ale nikt mnie nie
    zmusi, bym go trzymała na widoku ludzi. O nie.

     

     

    Kilka tygodni temu wzięło mnie na nieco starsze filmy,  Takie z Audrey Hepburn(to akurat z tych takich
    nowszych ;) ) czy z VIvien Leigh czy boskim Clarkiem Gable. O tyle jest
    problem, że  najchętniej oglądałabym
    filmy z tym ostatnim, a prócz „Przeminęło z Wiatrem” trudno cokolwiek znaleźć.
    I tak jestem z siebie dumna, że mam już za sobą trzy pozycje z filmografii
    Gable’a. ;P

     

     

    I jak to w wakacje- ciągle coś czytam. „Przeminęło z Wiatrem”,
    kontynuacja- „Scarlett”,(druga kontynuacja czeka spokojnie na półce) „Trędowata”
    i po części jej kontynuacja, której nie mogę przebrnąć, „Dziwne losy Jane Eyre”
    Monotematycznie :)   A oprócz tego lektury,
    które naprawdę w większości mi się nie podobają. O ile „Antygony” chyba
    zwyczajnie nie przebrnę(chociaż najkrótsza :P), to Quo Vadis czytam po raz
    drugi i nadal mi się podoba(chociaż najdłuższa :P).                                                                          
    A jak już tyle
    pisałam o „Przeminęło z wiatrem”, to się pochwalę :D Wspomnę też, że na tym
    zakupie zaoszczędziłam 60zł xD

     

     

    Jako, że już nie mam nic do napisania, wspomnę tylko, że z
    uporem maniaka walczę o/czekam na wyjazd na LGP do Zakopanego :)

    I wspomnę też, że od prawie miesiąca ta piosenka nie daje mi
    kompletnie spokoju. Piękna <33 No i ten Bezrukov… ;))

     

    Hej! Witam Was wszystkich po kolejnej długiej przerwie w
    pisaniu(ale tym razem miałam pewien powód, o którym zaraz wspomnę, więc mam
    nadzieję, że mi wybaczycie).

    Zacznę od tego, że z psów został już tylko Ahonen, który to
    najprawdopodobniej trafi do moich dziadków. 
    A Steiert z Kojonkoską od pewnego czasu żyją(mam nadzieję, że dobrze) w
    Białymstoku bądź okolicach. Hm.. Jest może jakiś chętny na kota? Chyba za jakiś
    czas będę mieć w domu dostawę tych perfidnych zwierzaków(nie przepadam za
    kotami, są dziwne i tyle).

    Notkę napisałabym o wiele wcześniej(a może bym i nie
    napisała, bo i tematów nie było), gdyby nie pewna naprawdę dołująca wiadomość.
    Może trochę dokładniej… Od 26 marca nie chce mi się podejmować dyskusji na
    temat skoków narciarskich. A to z tego powodu, że od razu całkowicie psuje mi
    się humor. Dlaczego?  Janne zakończył
    karierę. Niestety. Nie będę wypisywać wszystkich  zwycięskich klasyfikacji i konkursów, nie będę wypisywać rywali
    ze skoczni, ani porażek. Nie chodzi o to, że notka byłaby długa… Tylko nie
    jest to dla mnie jak na razie przyjemny temat do pisania. Na koniec tego
    dołującego fragmentu wspomnę, że karierę zakończył inny wspaniały skoczek(przez
    którego Janne nie wyrównał sukcesu Hanniego, co do wygrania wszystkich czterech
    konkursów TCS…) – Martin Hoellwarth. Ten sezon ogórkowy jest przygnębiający
    ;(. I komu ja mam kibicować prócz Ruskim i Ciapie? Chyba Morgensternowi. (haha.)

     

     

    W niedzielę 30 marca miałam za to bardzo ciekawą przygodę
    ;D.  W tamten weekend Pronar grał dwa
    mecze rundy play-off z Wilgą Garwolin(u siebie). Ja jak to ja oczywiście
    musiałam być na dwóch meczach. Około godziny 10 rano w niedzielę powoli
    zmierzałam pod salę. Idąc ul. Piłsudskiego, obok mnie zatrzymał się autokar.
    Drzwi się otworzyły, wyskoczył jakiś facet i pyta się mnie, czy wiem gdzie jest
    sala, bo właśnie jadą na mecz. Ja, zadowolona z sytuacji, powiedziałam, że też
    idę na ten mecz(warto wspomnieć, że marzyłam, by ktoś mnie podwiózł, nie za
    bardzo chciało mi się iść na piechotę ;P). Pan się ucieszył, od razu
    powiedział, bym wsiadała. Wschodzę, patrzę- większość śpi. Nie zdążyłam jednak
    dokładnie się rozejrzeć, bo usłyszałam ‘nowego znajomego’, który przez mikrofon
    zaczął gadać coś w stylu: „Uwaga,  mamy
    panią przewodnik, Panie prezesie, oto pana niespodzianka”. Jakiś starszy
    mężczyzna się uśmiechną i do mnie pomachał, ja nieźle zdziwiona przywitałam się
    i odmachałam… A ‘znajomy’ nadal nie przerywał swojej gadki. Tym razem zapytał
    się mnie o imię. Odparłam, że Marta(nie będę kłamać, bo niby po co? :D) . I
    wtedy już słyszę głośne: „czy Pani Przewodnik Marta jest grzechu warta?”. Mnie
    zatkało, a ludzie z autokaru potwierdzili i po chwili zaczęli śpiewać: „Wilga
    Garwooooliiin!”. Zatkało mnie jeszcze bardziej, od razu pomyślałam: ‘Ludzie, co
    ja tu kuźwa robię? Zabierzcie mnie stąd!” xD. Było jednak miło, chociaż wszyscy
    byli naprawdę nadzymgoleni. „Znajomy” zapytał się jeszcze, czy kibicuję
    Pronarowi i czy nie sprzedam meczu. Potem jednak dodał, że pewnie nie, jeżeli
    już złapano Wdowczyka…. Na co ja mu odparłam, że  kontaktowałam się z panem Darkiem, ale powiedział, że mam nie
    sprzedawać! :D   Za dowiezienie
    sympatycznych kibiców miałam mieć powrót gratis, ale niestety nic z tego nie
    wyszło ;(. Gdy na sali zobaczyłam mojego ‘znajomego’. Podeszłam i zapytałam
    się, jak mu się podoba. Trochę pogadaliśmy, stwierdziłam, że będzie 3:1 dla Pronaru,
    a na pożegnanie przybiliśmy sobie piątkę, przez co wiele osób dziwnie się na
    mnie patrzyło ;P  Pronar wygrał 3:0 i
    nawet Robert Wykowski, który naprawdę potrafił wszystkich rozśmieszyć podczas
    rozgrzewki, ‘Traktorkom’ w tym nie przeszkodził. Pochwalę się, że już w
    przyszłym tygodniu Pronar zagra z Pekpolem Ostrołęka w II rundzie play-off.
    Mówię Wam, powrócimy na parkiety I ligi! :D

     

    siatka.hajnowka.pl

     

     Wiecie, moje
    zainteresowanie powieściami Jane Austen nadal nie minęło. Teraz, gdy mam trochę
    czasu, spróbuję doczytać w końcu ‘Emmę’, a gdy ściągnie mi się ekranizacja
    ‘Mansfield Park’, w spokoju obejrzę filmy na podstawie wszystkich książek
    Angielki. ;) Oprócz tego pochwalę się tym, iż w końcu mam na własność wszystkie
    cztery części mini-serialu „Wojna i Pokój”. I jak widać po szablonie, moja
    ‘miłość’ do księcia Andrzeja Bołkońskiego przetrwała (Kasiu, jak się już pewnie
    domyśliłaś, szablon był tą niespodzianką ;P Prawda, że śliczny?). Doszłam
    jednak do wniosku, że nie dość, że Tołstoj był psychopatą, to jednak w tej powieści
    wszyscy prócz Andrzeja i Soni mniej czy bardziej  mnie denerwują. Dobijający fakt.

     

     

    Podobno na wycieczkę moja klasa pojedzie nie gdzie
    indziej, tylko do Raju, do Zakopca :D Już nie mogę się doczekać tego czerwca…
    Nie dość, że wycieczka, to jeszcze Euro. A co oznacza Euro? Oznacza wiele
    wspaniałych chwil, które będę wspominać przez wiele lat ;)

    A tak na zakończenie, czyż nie świetna pościel? :D

     


    • RSS